Radość. Śmiech. Beztroska.
Leżę w wysokiej trawie i patrzę na
słońce przez różowe okulary. Odrobinę tłumią jego blask, dzięki czemu mogę
bezkarnie upajać się tym niesamowitym pięknem.
Gdzieś koło mojego lewego
ucha brzęczy pszczoła, coraz słabiej, aż w końcu milknie.
Pewnie poleciała w stronę
łąki.
Rozkoszna woń wilgotnej
ziemi wciąż towarzyszy mojemu rozmarzeniu, tak samo jak delikatny powiew
letniego wiatru, rozwiewającego pojedyncze kosmyki włosów.
Obok mnie układa się rudy
kot, mrucząc cicho z tylko dla niego wiadomej przyczyny.
Jest tak ciepło, tak miło,
tak wspaniale, tak rozkosznie.
I nie chcę więcej, to mi do szczęścia wystarczy.
Melancholia. Ból. Strach.
Z samego rana biorę się za koszenie trawy, aby zdążyć przed
burzą. Niestety, dopada mnie niespodziewanie, błysk przecina granatowe niebo,
potężne krople padają na obnażone elementy ciała, temperatura gwałtownie spada.
Stoję jakby wrośnięta, nie potrafię się ruszyć, coraz bardziej moknę.
Grzmi, ziemia pod stopami lekko drży, ciemność pochłania krajobraz
wokół, ciało lodowacieje, powietrze staje się ciężkie, nie mogę oddychać.
Matka woła mnie do domu, ale nie potrafię jej usłyszeć ani
dostrzec. Krople są za głośne, niebo za mroczne, a ja zbyt słaba.
Otępienie. Apatia. Letarg.
Siedzę na suchej trawie i patrzę w przestrzeń.
Widzę własne myśli - serię obrazów, dźwięków i zapachów,
wszystko zmieszane i wirujące, jak w kalejdoskopie.
Jestem centrum wszechświata i czarną pustką. Porannym
spokojem i żałosną nocą. Czas jest fikcją, tak samo jak uczucia i odczucia.
Emocje to echo we wspomnieniach, ledwo słyszalne, błąkają
się w sekretach przeszłości.
Nie ma wszystko. Jest tylko nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz